Klub Wodny Żabi Kruk

Stowarzyszenie Kultury Fizycznej "Klub Wodny Żabi Kruk" aktualnie zrzesza około 60 osób. Jest członkiem Polskiego Związku Kajakowego. Działalność statutowa gdańskiego klubu ma charakter NON-PROFIT i obejmuje wspieranie i upowszechnianie kultury fizycznej i sportu. Przejawia się ona w nauce i doskonaleniu umiejętności pływania kajakiem każdego typu. Pływamy po wodach nizinnych i górskich. Kajakarzy z Żabiego Kruka można także spotkać na morskich wodach Zatoki Gdańskiej.

Ponadto na przystani klubu można skorzystać z usług wypożyczalni kajaków i zobaczyć Gdańsk z kajaka. 

Wiosna to dla kajakarzy czas przygotowań do sezonu. Plany na przyszłość przeplatają się ze wspomnieniami udanych imprez. O wyprawie do Szwecji opowiada Jola Frankowska z Klubu Wodnego Żabi Kruk.

Klubową wyprawę do Szwecji zaczęliśmy planować już jesienią, czyli pół roku wcześniej. Z uwagi na okolicę, w której chcieliśmy pływać, przygotowania były bardzo drobiazgowe. Musieliśmy liczyć się z tym, że przez pewien czas będziemy odcięci od cywilizacji. Obawialiśmy się też nagłych załamań pogody.

Piątek, 16 lipca, to długo oczekiwana chwila, ruszamy! O godz. 21.00 prom rzuca cumy, a my wypływamy do Karlskrony. Na miejsce docieramy następnego dnia, teraz musimy pokonać 900 km samochodem, aby dotrzeć do miejsca startu. W drodze towarzyszy nam deszcz, dopiero w okolicach Tannas przestaje padać. W kilku miejscach zatrzymujemy się, żeby przepuścić przechodzące przez drogę stada reniferów. Czasami są to grupki kilku osobników, a czasem kilkudziesięciu. Wiele zwierząt jest oznakowanych plastikowymi opaskami na szyi. Wreszcie około godziny 23.00 docieramy na start naszego spływu w Karingsjon. Nawet o północy jest jasno jak w dzień. Jesteśmy prawie na 63 stopniu szerokości geograficznej, tzn. że od koła podbiegunowego dzieli nas kilka stopni. Czyżbyśmy niepotrzebnie zabierali ze sobą latarki?

W niedzielę rano pakujemy cały nasz dobytek do kajaków. Jak zwykle przy pierwszym pakowaniu, na spływie panuje straszny zamęt. Pogoda jest zmienna. Na przemian świeci słońce i pada deszcz. Jesteśmy gotowi do wypłynięcia dopiero o godz. 15.00! Mimo to ruszamy na pierwszy etap. Krajobraz pojezierzy szwedzkich jest zupełnie odmienny od naszych rodzimych. Nad jeziorami górują skały i karłowate drzewa.

Wkrótce dopływamy do przenoski. Tu zgodnie z planem czeka nas osiemsetmetrowa przeprawa po skałach w górę, a później w dół. Wykorzystanie wózków jest niemożliwe i musimy wypakować bagaże z kajaków. Dziewczyny noszą cały dobytek, a panowie transportują kajaki. W końcu dopływamy do biwaku, umiejscowionego na sporym wzniesieniu. Wieczorem podziwiamy piękny "prawie zachód" słońca. Chowa się ono na kilka minut pod linię horyzontu, by podnieść się po chwili.

W poniedziałek znów musimy nosić kajaki. Nie wiemy już, czy więcej płyniemy, czy chodzimy, ale humory nam dopisują. Wreszcie znów jesteśmy na wodzie. Mijamy wyspę i dwie małe kamieniste przeprawy między jeziorami. Widoczne są duże spadki, walczymy z nurtem bystrzejszym między głazami, w końcu poddajemy się i wysiadamy z kajaków. Trzeba je holować, brodząc w nurcie. To nie koniec problemów - docieramy do miejsca, gdzie nie można już nawet brodzić. Za mało tu wody, a spadek rzeki jest zbyt duży. Decydujemy się na lądowanie i do jeziora Rogen docieramy piechotą. Po drodze atakują nas mrówki, które dotkliwie gryzą. To dzięki nim przeprawa przez górski las odbywa się dość sprawnie, bo gdy na chwilę się przystanęło, kąsały niemiłosiernie.

Docieramy do małej polanki nad brzegiem jeziora Rogen, a dokładnie jego zatoki Rodviken. Decydujemy się płynąć dalej, mimo późnej pory. Podziwiamy wieczorne widoki. Na jeziorze mijamy zdziwionych naszą obecnością turystów-wędkarzy w kanadyjkach. Prawdopodobnie nie widzieli tu nigdy tak dużej grupy kajakarzy. Przed północą lądujemy na malowniczo położonym, skalnym biwaku. Rozbijanie namiotów na kamieniach jest nie lada wyzwaniem! Na szczęście ciemności nie zapadają i możemy urządzać się, korzystając z dobrodziejstwa białej nocy.

Wtorek to dzień wolny od kajaków. Musimy odpocząć po ciężkiej przeprawie na Rogen. Chodzimy na wycieczki w góry. Nasi wędkarze próbują łowić ryby. Podziwiamy formy skalne i roślinność górską. Dzień jest chłodny, a wieczór deszczowy. Białe noce bardzo ułatwiają nam życie, ponieważ nie trzeba się spieszyć z powodu zapadającego zmroku - on po prostu nie zapada. Wieczorem odbywa się impreza urodzinowo-imieninowa. Siedzimy do późna, śpiewając i rozmawiając przy ognisku. Jesteśmy zmęczeni dwoma dniami spływu, a nasz komandor chytrze się uśmiecha. Czyżby miał coś w zanadrzu? Pogoda się zmienia, wieje wiatr, chyba idzie front.

W środę budzi nas wzmagający się wiatr szarpiący namiotami. Tafla jeziora rozkołysała się tak, że pojawiły się fale z białymi grzywaczami. Zdecydowaliśmy się pozostać i spędzić kolejny dzień na skalnym biwaku. Przeprawa wyładowanymi kajakami w takich warunkach może być groźna. To dla nas kolejny dzień odpoczynku. Po południu wiatr na chwilę łagodnieje. Grupa śmiałków decyduje się na wycieczkę kajakami w stronę granicy z Norwegią. Przygotowaniom towarzyszą spore obawy i emocje. Płyniemy ustalonym szykiem wzajemnie się asekurując. Jest prawie tak jak na morzu. Wielkie fale przelewają się przez kajaki. Wiatr targa nami, a woda zalewa oczy. Niestety, nie udało nam się dotknąć skał Norwegii, mieliśmy je już prawie na wyciągnięcie ręki, ale musieliśmy wracać, gdyż wiatr zaczął się niebezpiecznie wzmagać. Jeśli warunki nie zmienią się, trzeba będzie zrezygnować z dalszej części wyprawy. Osoby z mniejszym doświadczeniem mogą nie dać rady. Wieczorem odwiedziło nas dwóch norweskich wędkarzy, którzy również zeszli z wody. Zaprosiliśmy ich do ognia. Opowiedzieli nam o występujących w okolicy rosomakach. To niepozorne zwierzę budzi respekt nawet wśród niedźwiedzi.

Czwartek nie przyniósł zmiany pogody, nadal wieje. Nowicjusze mają mieszane uczucia, ale nie ma wyjścia, płyniemy dalej. Formujemy zwarty szyk, tak jest bezpieczniej. Po drodze robimy przystanki dla uspokojenia skołatanych nerwów, ale i tak strach zagląda nam w oczy. Nadciągają ciemne chmury. Lądujemy w miejscu przeprawy na jezioro Han. Czeka nas ponad kilometrowy pieszy dystans, ale tym razem nie po skałach, lecz po podmokłym torfowisku. Nosiliśmy bagaże, zapadając się po kolana w wodnistym dywanie roślinności. Niedogodności wynagradzają nam ciekawe okazy flory: malina moroszka oraz rosiczki. Kilkakrotnie zalewa nas nawałnica deszczu. Jedna z chmur przynosi grad, który niemiłosiernie siecze po odkrytych ramionach i łydkach. Na szczęście docieramy do tafli kolejnego jeziora, to koniec przeprawy. Słońce chyli się ku linii horyzontu i robi się zimno. Przepływamy niewielki dystans i lądujemy na leśnym biwaku. Dzisiejszy dzień ostro dał się nam we znaki. Jesteśmy zmoknięci i wychłodzeni.

Piątek wita nas słońcem i piękną pogodą. Naszym wędkarzom udaje się złowić pięknego, niemal trzykilogramowego szczupaka. To znakomita nagroda za trudy poprzednich dni! Dzisiejszy etap zaczynamy od przenoski na jezioro Karingsjon, z którego rozpoczynaliśmy nasz spływ. Przenoska jest dobrze zorganizowana, kajaki można przeciągać po przygotowanych do tego celu deskach. Po kilkusetmetrowym dystansie wreszcie wodujemy się na jeziorze. Chłoniemy piękno dzikiej przyrody. Dopiero teraz doceniamy jej piękno. To pierwszy i jedyny etap z tak piękną pogodą. Wreszcie dopływamy do mety spływu. Pakujemy się do samochodów i wyruszamy na południe. Po pokonaniu około dwustu kilometrów samochodami, wieczorem znajdujemy camping w Klappen. To miłe zderzenie z cywilizacją. Prysznic, prąd, WC... Kładziemy się spać, rano część z nas wróci do Karlskrony, a pozostali popłyną dalej. Tak kończy się pierwszy turnus naszych kajakowych zmagań.

Opublikowano na portalu www.trojmiasto.pl

Jola Frankowska

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Klub Wodny Żabi Kruk Gdańsk - czyli Kajaki w Trójmieście.

tel.: 58 305 73 10
email: biuro@zabikruk.pl